Otrzymałem taką oto wiadomość na maila:

 

Szanowny Panie Januszu,

[…]Od 1993 roku przyjeżdżam też do Sejn i Ośrodka „Pogranicze sztuk, kultur, narodów”. Od pierwszego mojego spotkania z ludźmi w Sejnach wiedziałam, że to jest moje środowisko, że to, co i jak robią oni, ja też chciałabym robić. Na moich oczach rosły kolejne pokolenie dzieciaków z „Kronik sejneńskich” i „Orkiestry klezmerskiej”. O tym nie będę Panu opowiadać i zabierać czasu, bo przecież nie raz Pana widziałam w Sejnach i Krasnogrudzie i przypuszczam, ze Pan doskonale sam to wszystko wie.

W piątek byłam na ostatnim tego lata koncercie Orkiestry Klezmerskiej. Wiem, że Pan też był na tym koncercie i widział pan to, co ja. W przeszłości widziałam mnóstwo koncertów orkiestry, nie tylko w Sejnach, Krasnogrudzie, ale też w innych miastach i krajach. Widziałam, jak te dzieciaki rosną, jak coraz lepiej grają, jak uczą się, jak później niektórzy z nich zostają, niektórzy wyjeżdżają i układają sobie życie w innych zawodach, jak zaczynają grać gdzieś indziej, jak wracają i uczą nowe pokolenie. A więc mogę o sobie powiedzieć, że znam orkiestrę dość dobrze, bo słuchałam muzyki klezmerskiej (a i nie tylko) wykonywanej przez kilka pokoleń dzieci.

Tego jednak, co zobaczyłam w piątek, nie wiedziałam nigdy. Nigdy. A chodzi mi o Franciszka Głębockiego, tego małego brzdąca, pięcioletniego chłopczyka, który wyszedł na scenę z taką malusieńką trąbką i małym saksofonikiem, stał koło swojego brata i zaczął grać. Ta trąbka grała! Franek siedział koło mnie i widziałam, jak on ćwiczy, jak on nie może usiedzieć i jak tylko usłyszał słowa Wojtka Sroedera, że każdy może wyjść na scenę, tylko troszeczkę popchany przez swoją mamę, że idź, wyszedł! Wyszedł, stał i zagrał! Czegoś takiego nigdy nie widziałam.

Oczywiście, że niezwykle ucieszyłam się, że oto rośnie takie fajne dziecko, które zasili w przyszłości grupę trębaczy Orkiestry Klezmerskiej. I na tej naturalnej radości pewnie wszystko by się skończyło. Czy to mało w Polsce (nie mówiąc już o innych krajach) utalentowanych dzieciaków. Telewizji nie oglądam od lat, ale wiem, ze dużo o takich dzieciakach mówi się, pisze i pokazuje. Leki niepokój jednak pojawił się, kiedy zauważyłam, że jeden bucik Franciszka ma platformę, czyli, że pewnie Franek ma kłopot, jedną nóżkę krótszą. No ale, pomyślałam, przecież krótsza nóżka nie przeszkadza grać na trąbce czy saksofonie. W przyszłości, pomyślałam, może on mieć problem z kręgosłupem, no ale przecież może też grać siedząc…

Po koncercie zapytałam znajomych, czy znają tego dzieciaka. No i dowiedziałam się, że tak, że słyszeli, że znają, że faktycznie ma on krótszą nóżkę, no ale że jest radosnym, absolutnie graniem zachwyconym dzieckiem, który bardzo chciał wystąpić na ostatnim koncercie, ale nie miał instrumentu. No i dowiedziałam się też, że Wojtek Sroeder szukał przez cały tydzień dla niego instrumentu i w końcu znalazł, i że kupił, i że przyniósł wieczorem poprzedzającym ostatni koncert te dwa dziecięce instrumenty do domu Franka, i że rodzice postanowili mu tych instrumentów wieczorem nie pokazywać, bo inaczej Franek by nie zasnął ze wzruszenia i zdenerwowania, i że grałby przez całą noc, i że w ogóle by nie spał. Trąbkę więc Franek otrzymał rano, w dniu koncertu, no i rodzice na cały dzień mieli go z głowy, bo Franek ćwiczył, żeby zagrać na wieczornym koncercie. No i fajna z tego historia z happy endem, pomyślałam.

Następnego dnia spotkałam Wojtka Sroedera, którego znam od lat. No i naturalnie, że zapytałam o Franka i podziękowałam mu nie tylko za wczorajszy koncert, ale też za to, iż zaprosił Franka, żeby on też mógł zagrać. No i zapytałam, czy już ćwiczy z nim, a jeśli nie, to kiedy by zaczął. No i Wojtek mi powiedział, że nie wiadomo, czy Franek będzie mógł grać! Jak to, zapytałam, nie wiadomo? Przecież, chyba każdy widzi, że to jaśniej najjaśniejszego dnia, ze on bardzo chce grać. A Wojtek mi na to, że Franek ma problemy zdrowotne. No to wiem, powiedziałam, widziałam, ma krótszą nóżkę. A Wojtek mi na to, że no to chodź, poznam ciebie z mamą Franka. No i poznałam mamę Franka, której zechciało mi się podziękować za taką uwagę do pasji dziecka. Podchodzę uśmiechnięta do niej i już zaczynam dziękować i namawiać ją, żeby nie rezygnowała ona z powodu krótszej nóżki Franka z jego marzeń i pasji. A ona zaczyna mi opowiadać, że przecież nie o to tylko chodzi, że Franek oprócz krótszej nóżki ma też problem z żuchwą. No dobrze, mówię ja, to na jakim innym instrumencie jeszcze Franek lubi grać? Na to jego mama, że szaleje on na punkcie perkusji. No to doskonale, mówię, to wtedy i krótsza nóżka i problem z żuchwą nie przeszkadza. A na to jego mama, że Franek urodził się z posocznicą pogronkowcową (pojęcia nie mam, co to jest ta posocznica), że ma zapalenie układu kostnego, że ma też krótszą prawą rączkę i ma ograniczenia ruchów czynnych w prawym barku i coś tam jeszcze i już dalej nie potrafiłam słuchać, bo poczułam, jak na płacz mi się zbiera. Zapytałam, czy oznacza to, że Franek nie będzie mógł grać? A ona na to, że nie, że jest nadzieja, że Franek potrzebuje leczenia i rehabilitacji i że dzięki rehabilitacji może uzyskać całkowitą sprawność ruchów i powrócić do zdrowia. Okazało się też, że Franek już ma konto w Fundacji dzieciom „Zdążyć z pomocą” i że po jego urodzeniu się nikt nie myślał, że uda się go odratować, ale proszę, dzięki już wieloletniej rehabilitacji on żyje i w dodatku gra.

Słowem, Szanowny Panie Januszu. Wiem, że kolejna historia o chorym dziecku, któremu można pomóc. Każdy z nas dostaje mnóstwo takich próśb, a Pan pewnie jeszcze więcej. Nie raz też wpłacałam różne kwoty, raz mniejsze, raz większe na konta chorych dzieci, przyjaciół, starszych osób. Może ktoś pomyśli, co mi może obchodzić Franek. No i w ogóle, przecież jestem obywatelką Litwy, gdzie też sporo problemów. A jednak obchodzi. Bo jest w to wmieszana sztuka, która może żyć i trwać dalej dzięki temu dziecku. Bo są rzeczy trwalsze niż ciało, bez którego jednak one by nie zaistniały.

Obserwuję orkiestrę, jak mówiłam, od lat. Podziwiam Wojtka Sroedera, który prowadzi orkiestrę, nieustannie. Dawno myślałam o czymś takim, jak zgromadzenie jakieś grupy ludzi, którym udało się bardziej, żeby utworzyć jakieś stypendium dla jednego dziecka Orkiestry. Jak zobaczyłam Franka, pomyślałam, ciekawie, z jakiej on jest rodziny? Wiadomo, że na prowincji różnie bywa, że niektóre dzieciaki rosną w rodzinach aspołecznych, że rodzice niektórych są alkoholikami, że niektórzy z nich nie mają środków na sukienkę, w jakiej występowała np. ta dziewczynka grająca na saksofonie, no itp. itd. Orkiestra ta wyrównuje ich szanse, ich pozycję społeczną. O tym myślałam. A tu okazało się, że w przypadku Franka tak oto jest, jak już wiemy, że jest…

Nie wiem, co powiedzieć więcej. Pisze ten list do Pana już godzinę, bo dbam, żeby jakoś zgrabniej był on ułożony przecież nie w moim rodzinnym języku. Proszę zatem Pana o radę, o pomysły, co moglibyśmy razem zrobić? Chcę mi się bardzo pomóc. Sama jednak nie podołam.

[…]

Pozdrawiam pana najserdeczniej.

Komentarze