Dziesiąty dzień wenecjowania

Dziesiąty dzień wenecjowania

Dzień dziesiąty – szkło

Szkło, czyli dzieło ognia i wody pozwala, aby w świat wtargnęło światło. Wenecja w swej istocie jest szkłem – miejscem, w które wpada światło. I nie tylko w tym sensie, że to istotna część biznesu w mieście, ale bardziej filozoficznie: światło jest zatrzymane, wydobyte i zamknięte w Wenecji jak w szkle.

czytaj dalej…

Pozostałe wpisy:

Dziewiąty dzień wenecjowania

Dziewiąty dzień wenecjowania

Dzień dziewiąty – cmentarz

Nie wiem dlaczego, ale ubzdurałem sobie, że na cmentarzu w Wenecji jest pochowany Wagner. Ryszard Wagner. Dlaczego zamiast sprawdzić w Wikipedii, uparłem się chodzić po cmentarzu i szukać grobu, którego na wyspie cmentarnej, San Michele, nie ma – nie wiem.

czytaj dalej…
Ósmy dzień wenecjowania

Ósmy dzień wenecjowania

Dzień ósmy – mieszkanie w Wenecji

W Wenecji trzeba niestety mieszkać nad laguną i nawet najlepsze hotele nad Canal Grande tego nie zrekompensują. Dlaczego? A z tego samego powodu, z którego wszystko, co najważniejsze w Wenecji dotyczy światła i wody. Tu jest tyle (i to non stop) olśnień, że nic tego nie zastąpi. Żadna cisza, żadne zakątki, place, parki, studnie. Wystarczy otworzyć rano okno z widokiem na ten róż i błękit lub lazur czy atrament i już się jest na jakiejś innej planecie. Wieczorem, w nocy, w tłumie, w upał – cały czas przemawia do nas laguna. Czarne gondole kołysząc się na falach mówią nam jak jest i o co chodzi w życiu, płynące taksi i vaporetto tworzą dziwną morską krzątaninę, jak z obrazów i są jakąś zasadniczą prawdą o losie miast i portów, a przebijające się słońce i liczne fasady domów, pałaców i kościołów wprowadzają nas ciągle w stan medytacji. Tak! Mieszkać w Wenecji trzeba tylko nad laguną.

Dzień siódmy i pół wenecjowania

Dzień siódmy i pół – lista miejsc, gdzie warto pójść na jedzenie

  1. Restauracja w hotelu Londra. Oczywiście menu się zmienia, więc trudno proponować konkretne dania. Ale restauracja jest, jak i hotel, świetnie położona. Są stoliki na zewnątrz, a widok na lagunę zapiera dech w piersiach. Jadłem tam znakomicie zrobioną baccalę (klasyczne danie kuchni weneckiej z suszonego dorsza, ale zrobione tak „na nudno”, bez popisywania się; pozwala to na doświadczenie starego smaku tego dania, z dawnych epok). Też sarde in saor, które przypomina naszego karpia po żydowsku (marynata, galareta i rodzynki) jest wybitne. W barze jest dobry wybór win z Fruli i Collio na kieliszki.
  2. Club del Doge w hotelu Palazzo Gritti. Wnętrze jest po prostu tak piękne, że można nawet nie jeść, a i tak się wyjdzie niegłodnym. Tym niemniej pasty są rewelacyjne. Także gamberi rossi crudi.
  3. Taras w Danieli. Tu warto przyjść tylko na drinka i widok, bo jedzenie takie sobie, ale tłumy przybywają nawet na kawę. Oczy nas karmią laguną i wszystkim, co od wieków skrywa w sobie.
  4. Hotel Cipriani. Stoliki na zewnątrz z widokiem na Pałac Dożów. To jest świetne miejsce na wieczór. Znakomicie robią tam langustynki.
  5. Także pięknie jest w Sina Centurion Palace, Bauer Hotel, Ca’ Sagredo i wielu innych 5-gwiazdkowych hotelach. Warto tam chodzić dla wnętrz, dla żyrandoli z Murano, rzeźb, klatek schodowych, mebli, tkanin i lastryko – obłędne podłogi w Wenecji w tym rodzaju są wszędzie.
  6. Jest też kilka miejsc niehotelowych i bardzo prostych, ale dobrych i gdzie się je na stojąco z kieliszkiem wina: Bancogiro, BANCA, winoteki (trzy) przy Akademii (pierwszy kanał za Akademią w kierunku do Rialto i skręcamy w lewo). Tam są takie małe kęski do ogromnej ilości wina na kieliszki.
  7. Z restauracji gwiazdkowych uważam za najlepszą Local. Bardzo progresywne jedzenie, super szkło, bardzo oryginalne. W Quadri – świetna selekcja win. Oczywiście w każdej z rekomendacji Michelin jest coś ekstra do jedzenia.
  8. No i wreszcie te, które są bardzo modne i często nie ma w nich miejsc:
  • Antiche Carampane. Tu wszystko jest pyszne. Ale obecnie czas oczekiwania jest wprost niemożliwy, więc jest to dobro rzadkie i poszukiwane. Na przywitanie dają w niej w rożku z szarego papieru małe, szare krewetki wenecjańskie. Posypane solą, prawie bez frytury. Obłędne.
  • Hostaria da Franz. Tu się znajdzie jeszcze stolik z dnia na dzień. Jedzenie jest bardzo biologiczne, bardzo surowe. Doskonałe. Risotto z małymi rybkami z okolic Murano, przygotowywane trzy dni. Szalone wprost. Świetny wybór win z całych Włoch.
  • Osteria da Fiore. To miejsce dość formalne w serwisie. Starej daty można powiedzieć, ale ma swój urok, jak w „Zaklętych rewirach” czy kiedyś w „U kucharzy”.
  • Martini. Podobnie jak Fiore jest to „stara Wenecja”; dziś już trochę ten styl jest niemodny, ale to tak, jakby obejrzeć film Felliniego.
  • Madonna – trochę już się tam zrobiła garkuchnia, ale wciąż przychodzą tłumy. Jest tam wszystko, co jest klasyką Wenecji.

Jednak moja ulubiona forma jedzenia w czasie włóczenia się po mieście to wstępowanie na coś małego w barze: tramezzini z krewetkami i majonezem, czy z jajkiem i tuńczykiem, bruschetta, baccala i inne małe kęsy, do tego zimne białe wino. I tak można cały dzień, pomiędzy wizytami i widokami, coś niewielkiego zjeść i wypić. A w końcu jak się ma już dość wszystkiego, to w dzielnicy getta są liczne knajpy żydowskie i koszerne, w których jest kuchnia polska. Tak, polska!!! Ryba w galarecie, kapusta, pulpety, kiszonki, zupy. Ale radość!!!

Można powiedzieć, że to Żydzi i nie tylko polscy niosą dobrą nowinę o polskiej kuchni w świecie.

Siódmy dzień wenecjowania

Siódmy dzień wenecjowania

Dzień siódmy – moje ulubione co nieco

Lubię kuchnię Wenecji i także całego Veneto. Wielu ludzi uważa, że jest ona najwyższego poziomu ze wszystkich kuchni Włoch. Jest w niej bez wątpienia wysoki poziom wyrafinowania i generalnie działa ona na mniejszych akcentach w zestawieniu składników niż kuchnia toskańska czy sycylijska. Jednak prawdziwa kuchnia samej Wenecji (inna niż Veneto) jest zdecydowana, surowa, morska, lekko biologiczna. Jest to oczywiście kuchnia rybna i owoców morza.

czytaj dalej…

Dzień szósty i pół wenecjowania

Dzień szósty i pół – moja ukryta Wenecja 

Mam też swoją nieznaną Wenecję, a ściślej – znaną tylko mi i moim bliskim. To Wenecja moich inicjacji. To są w części miejsca znane, ale dla mnie ich doświadczenie było owym krokiem w nieznane. W nową percepcję. W nowe poznanie, także samego siebie.

  1. Gondola „na stojąco” między Mercato del Pesce a Ca’ d’Oro. Już od średniowiecza ta gondola krąży na tym małym odcinku, łącząc dwa brzegi Canal Grande. Dziś jest jedyną, jaką jeszcze pływa się na stojąco, choć już coraz częściej turyści wymuszają siedzenie, a że tłumów już nie ma, więc gondolierzy się zgadzają. Jednak znając chybotliwość tej łodzi i szczególną łatwość zachwiania się w tej sytuacji, łatwo sobie wyobrazić jak jest to ekscytujące. I to w sumie takie nic, bo kilka minut, a jakby się zrobiło jakąś wyprawę w tajemnicze miejsca i nieznane światy. W nagrodę mamy najpierw wizytę na targu rybnym, który jest też jednym z najstarszych w Europie i przy tym niezwykłej urody oraz wizytę w „domu złotym”, gdzie oprócz „Św. Sebastiana” Mantegnii jest oszałamiającej urody patio. W zasadzie targ, gondola na stojąco i Ca’ d’Oro robią dzień. Robią dzień na całe życie.
  2. Bancogiro. Jeden z nielicznych dawnych domków rybackich, jakie jeszcze stoją w niedalekiej odległości od Rialto, przy placu z zaskakującym, bo toskańskim kościołem, który ma w elewacji piękny zegar słoneczny. Zamieniony, tak jak pozostałe, w restaurację, ma niesamowitą ofertę, ale w barze (choć kuchnia też jest świetna), a mianowicie stare kanapki wenecjańskie, które się je na stojąco do kieliszka jakiegoś wina z Veneto. Wszystko na małym placyku obok. Z kuskusem i kurkumą, czarnym kuskusem, z baccalą, ale zrobioną bardzo aromatycznie i innymi składnikami, których nigdzie więcej nie jadłem. Uczta.
  3. Dwa obrazy w muzeum Correr. Muzeum jest na placu św. Marka, ale mało kto tam chodzi, mając naprzeciwko bazylikę, krzywą wieżę i wiele innych atrakcji. Jeden z obrazów ma dwa tytuły i od wieków jest o nie spór. To dzieło Carpaccio, który jedni nazywają „Kurtyzany” , a inni „Dwie Wenecjanki”. Obraz przedstawia kobiety weneckie patrzące w morze w oczekiwaniu na mężczyzn. Temu obrazowi jeden wiersz poświęcił Czesław Miłosz, choć chyba jako pierwszy napisał o tym większy fragment Zbigniew Herbert w „Barbarzyńcy w ogrodzie”. Może dlatego mając w pamięci tamte teksty tak lubię tu przychodzić, co polecam wszystkim (aby wybrać się z tym tekstami właśnie). Drugi obraz to „Pieta” Masaccia. Zdjęty z krzyża Chrystus nie ma twarzy. I też trwa spór od lat, czy to był świadomy gest artysty, który z premedytacją, wynikającą z oceny, że nie da się tego zrobić, nie namalował twarzy i cierpienia nie do namalowania, czy też może przypadkowy efekt niedokończenia, wskutek bliżej nieznanych okoliczności. Zadanie wszelako jest to samo: wyobrazić sobie tę twarz. W harmonii z tym, co namalowane.
  4. Sklep z maskami przy Akademii. Tu zrobiono maski do wielu filmów, w tym do „Oczy szeroko zamknięte” Kubricka. Te maski są wprost wybitne i odróżniają się dramatycznie od innych. To doświadczenie niesamowitej różnicy wobec całej tandety wokół, wobec tysiąca kiczowatych masek. Jest to nie tyle pouczające, co bardzo transformujące.
  5. Taras Hotelu Danieli, a także lobby. W Polsce wzorowany jest na tym Hotel Copernicus w Krakowie, należący do rodziny Likusów. Jest to wnętrze olśniewające. I rzecz nie w tym ile tu bywało sław i że tu właśnie zamordowano pewną księżniczkę, ale w tym niesamowitym lśnieniu wnętrza, co jest wynikiem specjalnej architektury wewnętrznej i florenckiego charakteru klatki schodowej, a to zachwyca w Wenecji szczególnie, bo takie klatki tu nie występują. Na tarasie zaś dzieje się coś z panoramicznym widokiem na lagunę. Z tarasu uderza kompozycja tego obrazu jakim jest Wenecja. Widać jej ramy. Cały szereg ram, które jakby tworzą się na nowo, gdy podnosimy wzrok. Ruszające się ramy. I warto tu przyjść nawet na kawę, ale też dla gęstości życia hotelowego, które już prawie nie występuje w żadnym hotelu. Lobby hoteli są wszędzie puste, ale nie w Danieli i to jest takie doświadczenie dawnej już epoki. Pełen bar w hotelu. Podobnie taras jest pełny i często trzeba chwilę poczekać na miejsce.
  6. Bar/trattoria Banca obok Chiesa di San Zaccaria. Tu wpadają w porze lunchu gondolierzy na kanapkę i kieliszek prosecco. Tramezzini z krewetkami i majonezem, tuńczyk z jajkiem – zwykłe rzeczy, ale super jakości. I takie trzydzieści minut z gondolierami ma moc.
  7. Obrazy w Akademii. Nie ma sensu oglądać wszystkich obrazów naraz. To ponad ludzkie siły. Ale zawsze przyjść, zobaczyć jedno, dwa arcydzieła – to ma wielki sens i jest porywające. I w sumie wszystko jedno czy to będzie Bellini, Cosme Tura, Giorgione, czy Piero della Francesca. Każdy z tych obrazów powala i uczy wszystkich dzieł naraz.
  8. Poranny bieg wzdłuż laguny do Giardinii i z powrotem. Generalnie bieganie o brzasku w Wenecji. Zachwycające światło, obłędne widoki. Chyba nie ma nic piękniejszego niż taki jogging. Także intensywny spacer, zwłaszcza zimą, gdy słońce późno wstaje i obserwowanie nasycania się światłem miasta, Wenecji, pierwszych promieni na elewacjach, etc. Potem gdzieś w nieznaczącym barze, przy zewnętrznym stoliku kawa, gdy jest jeszcze całkowicie pusto.
Szósty dzień wenecjowania

Szósty dzień wenecjowania

Dzień szósty – Wenecja ukryta

Jest świetna książka „Secret Venice” i jestem tam mnóstwo dziwnych informacji. Z pozoru bez znaczenia, takich jak: o najstarszym zakładzie fryzjerskim, o aptece, do której chodził Brodski, o nieznanych obrazach na zapleczach znanych kościołów, o widokach, których nigdy się nie ogląda, bo to wymaga niecodziennych informacji. O historii burdeli, restauracji, słynnych postaci pokazanych od nieznanej strony i mnóstwo innych. Taka Wenecja całkowicie odmienna, bez wszystkich tych oczywistych ikon jak Rialto, bazylika San Marco, Pałac Dożów etc. Paradoksalnie taki przewodnik więcej mówi o prawdziwej Wenecji, niż te książki pokazujące ją przez jej ikony. Jest wszakże cała szkoła historiozoficzna czytająca epoki i procesy przez historie obiektów czy praktyk takich jak więzienia, burdele, narzędzia tortur etc. I ta książka jest z ducha taka właśnie, choć bez zacięcia naukowego i przyjemnie się ją dzięki temu czyta.

czytaj dalej…
Piąty dzień wenecjowania

Piąty dzień wenecjowania

Dzień piąty – promień na moście

To na pewno jest cud Wenecji. Jeden z cudów świata. W dodatku prawie nikt go nie ogląda, bo nikt w to nie wierzy, ale to istnieje. Istnieje w Wenecji. Nieliczni tylko fotografowie gromadzą się na moście rano przed brzaskiem i czekają na ten cud.

czytaj dalej…
Czwarty dzień wenecjowania

Czwarty dzień wenecjowania

Dzień czwarty – pomiędzy wyspami

Z wysp Laguny Weneckiej nie lubię tylko Lido. Morze tam szare, bo długo płytkie, o takim właśnie kolorze piasku. Za dużo brzydkiej architektury, gdyż Lido nie jest już objęta ścisłą ochroną. Wyspa była bardzo modna i dość niezabudowana przed laty, więc kto chciał to budował tu dom. To powodzenie odniosło odwrotny skutek: jest to dziś najmniej atrakcyjna wyspa. Może też kontrast po zwartej zabudowie centrum w okolicy bazyliki św. Marka jest za duży i ta wyspa pozostaje jakby w cieniu Wenecji historycznej, gdy z niej dociera się do Lido?

czytaj dalej…
Trzeci dzień wenecjowania

Trzeci dzień wenecjowania

Dzień trzeci – Biennale. Wieczna wystawa

Już drugiego dnia pobytu, a czasem pierwszego, a na pewno trzeciego coś oglądamy. Oczywiście zawsze nowe wystawy związane lub nie z Biennale, a jest ich mnóstwo i trudno, by tydzień wystarczył na właściwą selekcję. Jest więc zawsze spór o to co oglądamy i jak, w jakiej kolejności. Z biegiem lat staje się to coraz mniej istotne. Najważniejsze jest to bujanie się na łódkach pomiędzy oglądaniem poszczególnych wystaw i takie zacieranie granicy pomiędzy tym co realne, a co wyobrażone.

czytaj dalej…
Wenecjowanie – dzień drugi

Wenecjowanie – dzień drugi

Dzień drugi – Chiesa di San Zaccaria

Chiesa di San Zaccaria to na pewno najczęściej odwiedzany przeze mnie kościół na świecie i oczywiście w Wenecji. Zawsze, gdy jestem tutaj to zaglądam do tego kościoła i to prawie codziennie. Piękny Wenecjański Renesans. Znajdujący się w centrum, ale jednak z boku, bez turystów, na zagubionym placyku, ale ze studnią miejską, tak typową dla Republiki Wenecji. Zawsze pusty. Ale nie elewacja i architektura decydują o tym, że tu zawsze przychodzę, ale „Madonna z dzieciątkiem” Giovanniego Belliniego. To obraz, w którym jest zamknięte światło. Istota malarstwa wenecjańskiego. Istota laguny.

czytaj dalej…

Aby zapewnić najwyższą jakość usług strona wykorzystuje pliki cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Polityka Prywatności

Polityka plików „cookies”: korzystając ze strony Janusza Palikota akceptujesz zasady zawarte w niniejszej polityce prywatności: Po co nam cookie? Cookies używamy w celu optymalizowania korzystania ze stron www oraz również w celu gromadzenia danych statystycznych/analitycznych, do identyfikowania sposób korzystania użytkowników ze stron internetowych. Dane te dają możliwość ulepszania funkcjonalności, struktury i zawartości stron www, oczywiście z wyłączeniem personalnej identyfikacji użytkownika. Dane osobowe gromadzone przy użyciu plików cookies są zbierane wyłącznie w celu wykonywania określonych akcji na rzecz użytkownika. Dane zawierające informacje osobowe są zaszyfrowane, w sposób uniemożliwiający dostęp do nich osobom nieuprawnionym. Akceptowanie plików cookies nie jest obowiązkowe! Możesz samodzielnie zmienić warunki przechowywania lub uzyskiwania dostępu do cookies za pomocą ustawień oprogramowania zainstalowanego w Twoim urządzeniu. Janusz Palikot nie odpowiada za zawartość plików cookies wysyłanych przez inne strony internetowe, do których linki umieszczone są na naszych stronach Zaufani Partnerzy Korzystając ze strony możesz otrzymywać pliki cookies pochodzące od Zaufanych Partnerów. Mogą oni korzystać z plików cookie do celów reklamowych, analitycznych i statystycznych. Strona wykorzystuje oprogramowanie analityczne od Zaufanych Partnerów (Google Analitics, Facebook), zamieszczając w urządzeniu końcowym Użytkownika kody umożliwiające zbieranie danych o nim. Janusz Palikot

X